Świadectwa

W Gościu Niedzielnym nr 41/2016 ukazał się artykuł Marcina Jakimowicza pt "Konkretna jazda", w którym przedstawiają swoje świadectwa również mężczyźni z naszej śląskiej grupy MSJ: Daniel Prokopczuk i Aleksander Nowak

Święty Konkret i święta Adrenalina – to ich ulubieni patroni. „Gdy modlą się mężczyźni, drży piekło” – słyszałem wiele razy. Naprawdę?

Pięć różnych historii, pięć opowieści, pięć dróg dojścia do jednej prawdy: „Kościół potrzebuje mężczyzn”. „Prawdziwy mężczyzna to ktoś silny. Trzeba być silnym, żeby być chrześcijaninem – nie ma wątpliwości Donald Turbitt, lider Mężczyzn św. Józefa. – Nasza relacja z Bogiem musi być pełna mocy. Modlitwa ma ogromną moc. To ważne, by faceci zaczęli się głośno modlić, bo Kościół jest bardzo sfeminizowany A większość facetów, których znam, nie chce chodzić do takiego kościoła. Potwornie się w nim nudzą i boją się, że stanowi zagrożenie dla ich męskości”.

Loża szyderców

DANIEL PROKOPCZUK („Osiemnaście lat skaczę po dachach jako dekarz”; mieszka w Czyżowicach koło Wodzisławia): – To był misterny plan, by sprowadzić mnie na Górę Świętej Anny. Na weekend Alpha. Ja na kurs nie chodziłem. Jak normalny, zdrowy facet powiedziałem otwarcie: „Do żadnej sekty wstępować nie będę, nie dam na to ani grosza”. Wojna w domu była dość konkretna. Gdy „moja” wyskoczyła, że jedziemy na weekend, przez trzy tygodnie w domu był młyn. Ostra batalia. W końcu udało się mnie namówić.

Usiadłem na balkonie. Widziałem wszystko z góry i czułem się jak dziadki z loży szyderców w „Muppet Show”. Patrzyłem na te rozmodlone gęby i szydziłem. Do soboty, do godziny 15. Leciał wtedy filmik z trzecią sesją Nicka Gambela. Odważyłem się zejść na dół z wysokości. Spojrzałem na tych ludzi. Wszyscy zapłakani. I wtedy dostałem w mordę. Konkretnie. Odwróciłem się, popatrzyłem na Nicka Gambela i ocknąłem się w poniedziałek. Ogarnął mnie taki płacz, że nie byłem w stanie następnego dnia wrócić do domu. Jechałem i obraz mi się zamazywał. Totalny reset. Poszedłem do spowiedzi po dłuuugim czasie omijania kościołów szerokim łukiem. Żałowałem za wszystkie świństwa, które miałem na sumieniu. A nazbierało się sporo. Niektórzy moi kumple z ulicy już nie żyją.

Wychowała mnie ulica. Wodzisław znałem na wylot. Wcześnie zacząłem: popłynąłem jako trzynastolatek. Poszedłem w ciemną stronę: ćpałem, chlałem i lałem, kogo się dało. Dziś chcę wpłynąć jakoś na dzieciaki, które siedzą na ulicy, i pokazać, że Daniel jest inny. Im nie da nic gadka: „Chodźcie! Jezus wam pomoże”. Z nimi trzeba twardo, to tak naćpane towarzystwo.

Co dają mi Mężczyźni św. Józefa? Lubię się modlić w towarzystwie facetów, których znam. Na początku nie przychodziłem się modlić, ale pogadać. Chciałem zrozumieć ich świat. Ja miałem swój, oni swój. Od półtora roku próbuję sobie wszystko na nowo poustawiać. Nie mam wątpliwości, że Bóg działa. Nie muszę szukać na zewnątrz. Zostałem już uwolniony, uzdrowiony z tylu rzeczy, że zrobiła się konkretna lista. To się w głowie nie mieści. Potrafię twardo rozmawiać o Bogu, używając takich, a nie innych słów.

Gdy moja kobieta zobaczyła, co się ze mną stało po wyjeździe na Górę Świętej Anny, była w szoku. I zaczęła się mnie bać, bo wyleciałem jak z procy. (śmiech) Dyskutowałem o Bogu ze wszystkimi. Nikomu nie przepuściłem. Teraz widzę, że ci ludzie byli ze mną biedni. Nie wiedzieli, gdzie uciekać. (śmiech) Gadałem o Bogu w aptece, w sklepie, w robocie. Ludzie mnie nie poznawali, bo ja byłem znany w okolicy

Szybka jazda

ALEKSANDER NOWAK (32 lata, ojciec czworga dzieci, prowadzi własną działalność, mieszka w Gorzyczkach tuż pod czeską granicą): – Jestem typem faceta, który cały czas czegoś szukał. Zdarzało się, że i w alkoholu czy narkotykach. Całe życie lubiłem adrenalinę – jeździłem na motorach. Rodzina była świadkiem mojego wypadku – wyprzedziłem, wypadłem z zakrętu... Całe życie czegoś szukałem. W pewnym momencie zrozumiałem, że tym, kogo szukam, jest Bóg.

Mój początek to kurs Alpha. Był 2011 rok. Wtedy poznałem Boga. Poszedłem na kurs z żoną. Do tej pory raz szliśmy do kościoła, raz nie. Nie czuliśmy takiej potrzeby, parcia.

Poszedłem na kurs z ciekawości, bo czułem, że czegoś w naszym życiu brakuje. Była jakaś pustka. Poznałem ciekawych ludzi, zmieniłem środowisko. Bóg odpowiedział na nasze modlitwy. Doświadczyłem Jego mocy. Od siedmiu lat nie piję, a miałem spory problem z alkoholem. Niedawno urodziło się nam czwarte dziecko. Lekarze mówili, że nie przeżyje. Dostało wyrok śmierci. Sporo ludzi się modliło i dzięki Bogu Tymek jest z nami.

W grupie Mężczyzn św. Józefa zaczęliśmy się spotykać w dwie, trzy osoby. Dużo dawały mi te spotkania. To było mocne utwierdzenie w tym, że droga, którą szedłem, nie była dobra. Zobaczyłem, że prawdziwy mężczyzna to nie ten, który wypije, przyćpa i zrobi kilka ekstremalnych rzeczy, ale ten, który staje się odpowiedzialny. Za rodzinę, dzieci.

Czuję, że moim ojcem chrzestnym jest Donald Turbitt. Ten facet (na pozór cichy, spokojny staruszek) przemawia z ogromną mocą. Nocował u nas w domu, gdy przebywał w Rybniku, i zobaczyłem, że to bardzo skromny człowiek. Fighter, ojciec, człowiek bardzo silny, namaszczony na lidera. Jak nakłada ręce, to czujesz, że naprawdę ma w sobie Bożą moc.

W dzicz!

MACIEJ WŁODEK (kierownik działu sprzedaży w dużym koncernie, mieszka w Krakowie): – Żyłem bez Boga bardzo, bardzo długo. Bogiem był pieniądz. Zarabianie pieniędzy, imprezy. To było moje życie.

Był problem? Szło się na imprezę, popiło i na jakiś czas zapominało o zmartwieniach. Wydawało się, że dobrze sobie radzę. Spełniłem się zawodowo, zaoszczędziłem trochę grosza. A jednak czułem, że czegoś w tym brakowało. Wracało poczucie jakiejś pustki, bezsensu tego, w czym tkwiłem.

Do Mężczyzn wyciągnął mnie kuzyn. „Daj spokój! – mówiłem. – Co ja tam będę robił?”. Ale poszedłem na spotkanie. Szczerze? Nie zachwyciło mnie. Spotkanie jak spotkanie. Ale była jedna rzecz, która przykuła moją uwagę. W czasie ogłoszeń padło hasło: „Jedziemy w dzicz!”.

Zawsze lubiłem takie klimaty. Spełniałem się jako mężczyzna, chodząc po górach. Zimą zaliczałem trudne podejścia. Dawałem radę, rajcowało mnie to. Usłyszałem: „dzicz” i pomyślałem: „spróbuję”.

Wypad polegał na tym, że siedzieliśmy w środku lasu w jakimś domku w górach. Na totalnym odludziu. Kilku facetów. Zaczęliśmy rozmawiać. I nagle zauważyłem, że oni mają takie same problemy ze sobą, te same wątpliwości co ja Nie owijali w bawełnę. Gadaliśmy, gadaliśmy, a ja odnajdywałem w tym Pana Boga. Widziałem, że On pokazuje mi mój ogromny egoizm. Dotąd robiłem wszystko dla siebie.

Co to znaczy „być mężczyzną”? To mieć kontakt z rzeczywistością. Konkret. Dotąd zawsze tłumaczyłem: „Wszyscy są źli, wszyscy są w błędzie i uwzięli się na mnie”. Na szczęście Bóg to zmienił.

Z ekipą Mężczyzn św. Józefa zaczęliśmy chodzić do więzienia. Pierwsze spotkanie w areszcie: siedziałem przerażony. Boże, co ja im powiem? Czułem w głowie totalną pustkę. Osadzeni zaczęli przychodzić jeden po drugim. Z jednej strony dwudziestu osadzonych, z drugiej nasza trójka. Początkowo byli nieufni. Nie odzywali się. I tak przez pierwsze i drugie spotkanie. Kiepski początek.

Wołaliśmy: „Boże, pomóż!”, a On naprawdę zaczął działać. Osadzeni zaczęli się otwierać, opowiadać o sobie. Pięć osób przystąpiło do bierzmowania. Sami o to prosili! Więc z dziką radością zaczęliśmy ich do tego przygotowywać

Remont generalny

PIOTR FRANASZEK (skończył prawo, jest ojcem dwojga dzieci, mieszka w Krakowie): – Bardzo dobrze, że spotykamy się w tym miejscu. Nie ma przypadków. To mieszkanie, które jest wybudowane przeze mnie. Moimi rękami. To dla mnie niezwykły krok w dojrzewaniu do męskości. Przełomowa sytuacja. Rok po ślubie zamieszkaliśmy domu teściów. „Niebawem wprowadzicie się do siebie na górę” słyszałem. Na górze nie było nic. Gołe, surowe ściany. Ten czas zawieszenia, gdy mieszkaliśmy z dwojgiem dzieci w jednym pokoju, trwał siedem lat. Siedem lat frustracji. W pewnym momencie zorientowałem się, że moja modlitwa to nic innego jak nieustanna pretensja do Boga. Gorycz, pretensja, gorycz, pretensja, gorycz Trafiłem do Mężczyzn św. Józefa, bo potrzebowałem innej modlitwy i chciałem, by była to modlitwa mężczyzn. Szukałem takiego środowiska. Początkowo nie wchodziłem w modlitwę: stałem i słuchałem. Pomagało mi to. W pewnym momencie ta modlitwa zaczęła rezonować. Kojarzy mi się to z opowieścią o paralityku, którego znajomi przynieśli do Jezusa. Byli tak zdesperowani, że rozwalili nad głową Mesjasza dach.

Zacząłem się modlić w innym duchu: bez goryczy, użalania się nad sobą. Z Mężczyznami św. Józefa zaczynam trzeci sezon.

Siedząc w jednym pokoiku z żoną i dziećmi, pomyślałem: „To ja jestem tą osobą, która ma zadbać o rodzinę, powalczyć o nią. Nie mogę spasować. Musimy mieć przestrzeń!”.

Zacząłem uczyć się od innych mężczyzn. Ojciec nauczył mnie odpowiedzialności za rodzinę. Jestem mu za to wdzięczny. Byłem człowiekiem, który nie umiał przykręcić dobrze śrubki. (śmiech) Oczywiście przesadzam, ale myśl o tym, że mam robić sam remont domu, rodziła potężną frustrację. Zacząłem uczyć się z YouTube a. I rozpocząłem budowę. Podpisywałem sterty dokumentów (sam pracuję na co dzień w urzędzie, ale ogrom biurokratycznej papierkowej roboty mnie przerażał!), kupowałem materiały, remont ruszył pełną parą.

Kupiłem pralkę. Nic nie wiem o pralkach. Wołamy specjalistę? Powiedziałem żonie: „Pozwól, że sam to wszystko zainstaluję”. Przed sklepem spotykam faceta, który mówi mi: „Panie, nie kupuj pan tego materiału, weź pan inny”. Człowiek spadł z nieba. Podłączyłem wszystko. Działa. „Ooo, nie spodziewałam się, że ci się uda” – rzuciła żona. Wiecie, jak urosłem? (śmiech) Takie małe zwycięstwo. Laboratorium męskości.

Wprowadziliśmy się w kwietniu. W tym roku przeżyjemy tu rodzinną Wigilię.

Zejdź prędko!

KRZYSZTOF PIENIĄŻEK (ma dwóch synów, mieszka w Krakowie): – Żeby było zabawniej: ja nie cierpię remontów, a zarabiam na życie jako inżynier budownictwa. Do Mężczyzn św. Józefa trafiłem dzięki ich patronowi. Józef od dawna uczestniczył w moim życiu, był niezwykle ważny. Trochę odstawiliśmy go na bok, niewiele o nim wiemy. A przecież to najbliższa Jezusowi po Maryi osoba! Mężczyzna zapewniający byt i utrzymanie Świętej Rodziny. Niesamowita postać! Wierzę w ogromną moc jego wstawiennictwa.

Na początku na męskie spotkania przychodziłem jako obserwator. Jak do teatru. Przyglądałem się, kibicowałem, słuchałem, ale unikałem dzielenia się wiarą w małych grupach. W piątek 13 listopada ubiegłego roku dowiedziałem się, że mam czerniaka złośliwego. Oj, to był mocny strzał. Wywrócił mi życie do góry dnem. Tym bardziej że nigdy dotąd przez 50 lat nie byłem w szpitalu.

Czy wpadłem w panikę? To był czas walki, nie ukrywam. Zauważyłem, że mam mało czasu. Nie ma na co czekać. Bóg w niesamowity sposób interweniował, działał. Czułem Jego opiekę. Przylgnąłem do Jego serca.

Przed laty wyobrażałem sobie Go „na swój obraz i podobieństwo”. Ugrzązłem w tym sposobie myślenia na lata. Po diagnozie lekarzy spostrzegłem, jak bardzo przez te lata zgnuśniałem. Powiedzmy sobie szczerze: jeżeli chodzisz do Komunii raz na pół roku, to nie jest to poważne.

Bardzo pomagała mi modlitwa Mężczyzn św. Józefa. Konkretna, szczera, odważna, pełna wolności. Odkryłem brewiarz, modlitwę, dzięki której Kościół oddycha. Nie musiałem szamotać się, rozpaczliwie szukać odpowiedzi, bo Bóg dawał mi je każdego dnia przez swe słowo. Rozwiewał wszystkie moje wątpliwości. Każdego dnia mówił do mnie. Do dziś, jeśli rano nie przeczytam słowa, to boję się, że coś przegapiłem. Jezus chciał mi coś powiedzieć, a ja tego nie zarejestrowałem! Ostatnio czuję się jak Zacheusz, do którego Jezus powiedział: „Zejdź prędko, bo muszę zatrzymać się w twym domu”. Prędko! Więc zszedłem...